Vincent F. Mears


[142.] 1 marca 2013 r.

Nagie drzewa bezwstydnie spoglądają na otaczająca je przedwiosenną rzeczywistość. Śnieg, który sukcesywnie znikał z powierzchni ziemi, a po którym nie ma już ani śladu, zadbał o odkrycie praskich chodników, których widok każdego dnia przypomina mi 21 września – dzień, w którym dane mi było poznać, co prawda po części, grochowską rzeczywistość. Wówczas wczesnojesienne słońce ogrzewało jeszcze swoim blaskiem powierzchnię betonowego świata, a, liżąc swoimi promieniami okienne szyby, raziło delikatnie, napawając pozytywną energią na najbliższy rok akademicki. Potem spadły rzęsiste deszcze, a na koniec przyszła zima.

Dzisiaj mam tu moje przedwiośnie, które (…) zdmuchnęło już z dachów bud najbliższych lód i śnieg – ogrzało już naturalnym powiewem południa wnętrza, które długa i ciężka zima, wróg biedaków, przejmowała śmiercionośnym tchnieniem. Pourywane rynny, dziurawe dachy, spleśniałe ściany kryła już ta nieśmiertelna artystka, wiosenka nadchodząca, pozłotą i posrebrzeniem, zielenią i spłowiałością, barwami swymi, które rozpościera nad światem. Usiłowała osłonić nikłymi swymi kolory to wstrętne widowisko…

Poranna bryza budzi mnie do życia. Tej pomagają dwie używki, o których tak pięknie śpiewała Ella Fitzgerald. Obserwując to wszystko z parapetu praskiego akademika zastanawiam się, ile już czasu minęło od pierwszej wizyty złożonej na tym gruncie. Ile czasu miałem na zgłębianie tajników wiedzy filologicznej i ile tegoż przetrawiłem. Przeleciał mi przez palce niczym życiodajna woda albo śmiercionośny piasek Sahary… Obserwuję. Wciąż obserwuję i podziwiam foliowy odpadek w postaci torebki, która, unoszona na wietrze, przemierza bezkres mojego nowego domu. Wszystko to kiedyś się skończy. Wszystko. Tak samo, jak za chwilę nie będzie już wspomnienia po zabielanej Łaciatym kawie z cukrem. Podobnie w zapomnienie odejdzie jeden z moich mentolowych kamratów, ginąc w niekończącej się przestrzeni grochowskich chodników. W tej mitycznej aurze tytoniowego dymu i przewspaniałego zapachu porannej kawy snuję refleksję o tym, jaka byłaś i jaka jesteś – jaką zapamiętałem Cię, poznawszy na trzy miesiące od jak najgorszej strony, i jaką będziesz dla mnie – Ty, którą poznaję każdego dnia i o której myślę średnio sześćdziesiąt razy na minutę… Może wszystko jakoś samo się ułoży. Może K. odejdzie w zapomnienie podobnie jak niedopałek, który właśnie przyciskam do przyprószonego kurzem parapetu? Może J. będzie dla mnie tym kimś, kogo przez niespełna trzy miesiące usiłowałem odnaleźć w K., a kogo nigdy tam nie było?…

Tymczasem biorę się do nauki. Renesans i psychologia nie nauczą się same… aczkolwiek miło by było, gdyby takową umiejętność posiadały… Dzień dobry po raz kolejny, blogowa rzeczywistości!

5